Przemyślenia

Właścicielka bałaganu

Joanna Snopek ·

Właścicielka bałaganu

Czy lubię pierdolić sobie życie? Nie lubię. Po prostu umiem robić to doskonale. Skill level hard.

Taki zarządca własnej porażki.

Albo to masz, albo tego nie masz – jak mówił klasyk. Ja to mam. Co też nie znaczy, oczywiście, że wszystko robię źle. Po prostu do tej pory więcej razy trafiłam kulą w płot niż w tarczę. A durnych rzeczy mam taką listę, że niejeden tyle nie zrobi za całe życie, co ja zrobiłam za (mam nadzieję) dopiero pół.

Gdzieś kiedyś widziałam, że prawdę można poznać dopiero wtedy, kiedy pozwolisz komuś mówić i przedstawić mu swoją wersję wydarzeń. Otóż chyba nie do końca. Mądry człowiek nie mówi o sobie wszystkiego. I ja się do wszystkiego tutaj nie przyznam. Nie dlatego, że podpisuję się tu imieniem i nazwiskiem – ale przez to, że nie wszystkie moje decyzje można zrozumieć, nie siedząc mi w głowie i nie znając mnie tak, jakby się było ze mną na co dzień.

Bolesna prawda autoterapii

Dużo ostatnio myślałam. Taka mała autoterapia na receptę. A dokładnie tej autoterapii 15 gram. Na bóle flaków i duszy. I parę drinków. Nawet i o kilka za dużo, ale trudno. Wzięłam na tapetę to, co wyniosłam z domu oraz czego nigdy nie dowiedziałam się od rodziców. Oraz skonfrontowałam się z tym, co faktycznie zrobiłam sama. No i to ostatnie i tak najbardziej jebnęło mnie w głowę.

Chciałabym ją znowu wsadzić w piasek, za wszystko obwinić środowisko, z którego wyszłam – ale nie mogę. I nie chcę. Wystarczy mi patrzenie wokół na tych, którzy za swoje niepowodzenia obwiniają świat i innych.

Moje decyzje są wypadkową domu i wychowania, motania się i głupoty – ale to, że jak na razie doszłam w życiu NIGDZIE – to jednak głównie moja prywatna wina.

To, co dostałam – nie definiuje mnie w 100%, choć to by było najprostsze. Wiem, że moje życie zależy ode mnie. No i super. Szkoda tylko, że wiedzieć, a robić – to dwie różne sprawy.

I tu powinien wjechać dżingiel na perkusji. Na przykład taki jak w „Darmowym churro” w BoJack'u Horsemanie.

Mało śmieszny żart

Długo myślałam, że moje życie to seria niefortunnych zdarzeń. Albo mało śmieszny żart.

Teraz widzę, że to był po prostu perfekcyjnie działający autopilot bierności i lęku, który wgrano mi w dzieciństwie. Uświadomienie sobie tego nie sprawia, że nagle wszystko staje się różowe – wręcz przeciwnie – mam ochotę walić głową w ścianę, że dałam się zrobić w wała przez domowe schematy.

W tym bólu (podobno) jest jedna, potężna korzyść: kiedy już wiesz, jak działa ten mechanizm, nie możesz go „odzobaczyć”, bo już zawsze będzie drapał jak chujowy sweter. Ponoć świadomość to bilet do wolności, za który płaci się bólem rozczarowania.

To akurat i bólu, i rozczarowania – to mam w sobie aż nadto. Czy to korzyść? Polemizowałabym. Nic nie jest tylko czarne lub białe.

Właścicielka bałaganu. Tak powinnam mieć wpisane w rubryce „zawód”. Bo ten bałagan jest mój. Wypracowany, wychuchany, podlewany biernością i lękiem wyniesionym z rodzinnego domu.

Nie wszystko można sprzedać na Vinted

Nie wiedziałam, jak zacząć to życie porządkować. Więc wsadziłam łeb do szafy i wywaliłam na kupę rzeczy, których postanowiłam się pozbyć.

Mogłabym napisać, że „Szkoda, że życie to nie Vinted” – ale tam, jak wszędzie, nie wszystko jest proste. Nowe z metką z Zary schodziło jak świeże bułeczki. Skóry też, bo miałam ich o dobrych kilka sztuk za dużo, a były w takiej jakości, że wiedziałam, że były warte 3 razy więcej niż to, za ile je wystawiałam – ale jak się chcę czegoś pozbyć – to się chcę pozbyć. Jakbym chciała te wszystkie kurtki i płaszcze kisić – to bym ich nie sprzedawała.

To mały krok. Wiosenne porządki. Czy poszłam przez to do przodu? Ciężko stwierdzić. Jako wytrawna zakupoholiczka zreinwestowałam środki na inne szmaty.

I na koniec stwierdziłam, że jeśli Vinted można jakoś opisać – to dla mnie to siedlisko grzechu i rozpusty. Szczególnie, jeśli ktoś – tak jak ja – sprzedaje taniej, bo chce się czegoś pozbyć. Jak tam wchodzę – dostaję małpiego rozumu. Powinnam mieć na tej stronie blokadę rodzicielską.

podsumowanie kwietnia

Niech mnie niosą przez życie

A że było mi mało zakupów, to kupiłam sobie jeszcze Salomony. Od razu mówię – chorowałam na nie, zanim stały się modne. I chorowałam to odpowiednie słowo, bo jak je zobaczyłam po raz pierwszy, to o mało oczy mi z orbit nie wylazły.

Więc… Myślałam o nich w chuj czasu, więc zakup chyba był przemyślany. Wszędzie w nich teraz łażę i jak je zajadę, to bardzo możliwe, że wezmę kolejne. Ale cała historia się tu należy. Najpierw ich nie kupiłam -sama nie wiem, czemu. Potem przez to, że nie wiedziałam, czy mi się w ogóle przydadzą. Więc jak już żyję, to sprawiłam je sobie na rocznicę wycięcia flaków.

Pewnie powinnam z tego zrobić jakieś mistyczne wydarzenie. Jak na przykład „To są buty, w których nie masz się bać iść przez życie”. Ale jak ta durna myśl pojawiła się w mojej głowie, to się dosłownie popukałam w czoło i stwierdziłam, że takie wydumane pierdolenie uwłacza nawet nie tyle mojej godności – co bardziej inteligencji.

Zresztą już tu chyba pisałam, że o ile lubię życie sobie czasem poromantyzować, to nadawanie głębszego sensu wszystkiemu – to durnota. Chciałam buty, kupiłam buty. Koniec tematu. Tak samo jak rak jest rakiem, a nie próbą, darem, czy co tam sobie ludzie lubią do tego dokładać.

Taki to był kwiecień

Cóż… Nie przeżyłam kwietnia jakoś szczególnie przełomowo, więc mam wrażenie zmarnowanego czasu. Nie udało mi się uciec od siebie – bo dopiero w tym miesiącu w sobie się tak naprawdę znalazłam.

Jak już odstawiałam paszczę od kieliszka i waporyzatora, to patrzyłam w głąb, a czasem nawet w lustro.

Nie jestem dobrym człowiekiem. Ale po Ziemi chodzi wiele większych potworów, więc chyba i tak nie jest najgorzej. Ale tak to już ze mną jest. Mam taki charakter, że albo się mnie lubi, albo kompletnie nie znosi. Nawet ja balansuję od jednego do drugiego, zależnie od dnia i sytuacji.

Czy będę nad sobą pracować? Z większości rzeczy rozliczy mnie moje sumienie, reszta się nie spodoba ludziom wokół (co mam w dupie), ale najważniejsze jest to, żebym w końcu znalazła swój kierunek.

Bo, niestety, już w końcu wiem, że nikt tego za mnie nie zrobi.

Choć za łut szczęścia konia z rzędem, bo odrobinę powodzenia jeszcze nikomu nie zaszkodziło. I ja akurat wiem o tym doskonale, bo miałam w życiu już kilka razy super farta i kilka – kompletnego pecha.

Podobne wpisy