Przemyślenia

Co „wyniosłam” z domu?

Joanna Snopek ·

co wyniosłam z domu

No to są rzeczy jeszcze „lepsze” niż to, czego nie usłyszałam, a powinnam była (sprawdźcie ten wpis). Ciekawa jestem, jak widzi to moje rodzeństwo. Pewnie nigdy o tym nie porozmawiamy (standard), a podejrzewam, że oni jakiś tam ogląd na sprawę mają (albo właśnie nie, więc przez to są mniej sfrustrowani ode mnie – lub najprawdopodobniej: frustrują ich, ale całkiem inne rzeczy).

Ale wiecie, jak to jest – z rodziną czasem nie masz takiej relacji, że „rozmawiacie o sprawach”. Ale tego tu teraz nie analizujemy, więc chodźmy dalej.

A u ciebie – czego nie widać?

Każdy z nas coś w sobie nosi. Jedni radzą sobie z tym gorzej, inni lepiej.

Ja to ogarniam… Na pewno za mało.

Generalnie nie mam do siebie pretensji o rzeczy, które zrobiłam z głupoty, kiedy jeszcze czegoś po prostu nie wiedziałam. Mam jednak pretensje o to, co włożono mi do łba w domu – bo musiało minąć bardzo dużo czasu, zanim to zobaczyłam. A te mechanizmy, no niestety, niczego pozytywnego mi nie pokazywały. W ogóle, smutna prawda, miałam z tymi „domowymi umiejętnościami” tak, jak ta moja koleżanka z grabieniem siana (znowu odsyłam do przedostatniego wpisu). Nie nauczono mnie zbytnio ani obowiązków domowych (więc wyprowadzając się z domu z bolesnym żalem odkryłam, że nic sie koło ciebie samo nie robi), ani nie dostałam poczucia własnej wartości.

syndrom oszusta

Wiedziałam za to, że:

  • są rzeczy, na które nie zasługujemy, więc nie powinniśmy nawet chcieć po nie sięgać 
  • jak się jest za ambitnym, to źle się to kończy
  • najgorszą skazą na życiu człowieka jest porażka 
  • problemy zamiata się pod dywan
  • zawsze najlepiej jest uciekać od decyzji i odpowiedzialności, pozostając w życiu biernym, bo strefa komfortu jest wygodnym kokonem – bylejakości, ale znanej 
  • przeciwności losu znosi się ze stoickim spokojem, starając się nic z nimi nie robić (żeby nie wyjść ze strefy komfortu – patrz wyżej)
  • zawsze jest jakieś później – a może rozwiązanie problemu akurat samo spadnie z nieba i będzie można pozostać biernym – patrz wyżej 
  • jak zamkniesz oczy, to możesz udawać, że nic się nie dzieje 
  • zawsze można oddać stery komuś innemu i pozwolić mu decydować, samemu uciekając od odpowiedzialności 
  • jak czegoś nie umiesz, to się za to nie bierz (wspaniałe przy nauce nowych rzeczy, która frustruje mnie zawsze do tego stopnia, że za wiele spraw się nigdy nie wzięłam, bo wolałam czegoś nawet nie zaczynać, wiedząc, że na starcie nie umiem).

Niech mi ktoś wytłumaczy (bo ja w tym sensu nie widzę) – dlaczego mi wpojono, że wysiłek wkładany w osiąganie jakiegoś celu jest zły, ale już to, ile się trzeba omęczyć, mierząc się z biedą, marazmem czy stagnacją – jest okay?

Dlaczego odpuścić jest lepiej, bo bylejakość jest szlachetniejsza? 

Someone's bare minimum is your maximum

Wszystkim zawsze się wydawało, że jestem wyszczekana, bezczelna i odważna. A mnie całe życie uczyli lęku, odpuszczania i ucieczki. Więc całe życie się bałam i uciekałam. Rezygnowałam, zanim zaczęłam i szamotałam się jak ryba wyrzucona na brzeg. Zawsze udając, że przecież mam czas, że życie wcale nie ucieka, że teraz nie muszę o czymś myśleć, a każdy problem można odsunąć, zamiast go rozwiązać. A w ogóle to przecież na nic nie zasługuję, więc nawet jak mi się powodziło, to żyłam z syndromem jebanego oszusta, czekając aż wszystko pierdolnie, bo wtedy będę w tym miejscu, w którym powinnam być – czyli w dupie.

I tak to płynęło. A potem się obudziłam, miałam 34 lata i jakby się dało – to bym stanęła przed ścianą i zaczęła jebać w nią głową, mamrocząc pod nosem „Głupia! Głupia!”. 

Strefa komfortu to podstepny sabotażysta

Siedzę tak i myślę, że ja pierdolę, ale odjebałam manianę, a nie życie. Muszę je przebudować. A nie mam pomysłu – to raz, a dwa – moja strefa komfortu robi absolutnie wszystko, żeby mnie sabotować. Chce głaskać mnie po głowie, żebym nie zmieniała nic, bo najlepsze jest to, co znam. Choćbym w końcu – z bierności – miała w tym po prostu utonąć.

A mnie bierze cholera. Bo ja już nie chcę być dłużej w tej chujni, w której uciekam od wszystkiego. 

Żeby było szczerze – jestem sobą rozczarowana, moje życie to pierdolnik pełen zmarnowanych szans, a za głupie decyzje powinnam dostać nawet nie dyplom uznania – ale mistrzostwo olimpijskie i doktorat honoris causa. 

Z drugiej strony – mimo, że średnio się lubię, to jednak się lubię. Kurwa, jakbym się ogarnęła, to nawet chyba mogłabym się uśmiechać do siebie w lustrze. Bo przebłyski sympatii też do siebie mam. Podoba mi się mój sarkazm i kości policzkowe – a na początek to już więcej niż nic.

Podobne wpisy