Czego nigdy nie dowiedziałam się od rodziców (a powinnam była)

Jestem… No cóż. Niebrzydka – czego nigdy nie umiałam wykorzystać i w miarę inteligentna – co jednak jest stosunkowo negatywną cechą dla kobiety. Znam takie głupsze koleżanki – i lepiej się im żyje niż mi, bo mają prostsze wymagania i za dużo nie myślą. Nie obrażam tutaj lasek – pozamykajcie ryje. Ja tu bardziej zazdroszczę. Jak nie szukasz dziury w całym – to jest ci lepiej tak po prostu „na życie”. A ja jestem dokładnie pomiędzy: za mądra na amebę, a za głupia na geniusza. Niby przeciętna, więc powinno być okay – ale i tak trudno mi się żyje.
Czy wiem – dlaczego?
To nie będą żadne prawdy objawione, które zmienią twoje życie – ale były to bolesne uderzenia obucha, które zadzwoniły mi w głowie, kiedy na nie wpadłam. Powinien powiedzieć mi o tym ktoś inny – szkoda tylko, że jesteśmy z pokolenia, które jedyne, co miało zrobić – to się nie zabić do pełnoletności.
A potem to już klasycznie – najwyżej dowiadywaliśmy się, że nie spełniamy pokładanych w nas oczekiwań lub robimy źle, choć nikt nigdy nie pokazał nam, jak jest lepiej (a przez obserwację, powiedzmy sobie szczerze, nie bardzo mieliśmy się od kogo uczyć).
Nie, nie jadę po moich starych. Zmienić ich nie zmienię – tak samo tego, w jaki sposób rodzina mnie ukształtowała. Byli na pewno typowymi przedstawicielami pokolenia – a to po prostu odbiło się na mnie, często niestety mocniej, niż bym chciała. Ale nie będę tego głębiej analizować tutaj, bo to w sumie bez sensu.
Podsumuję wam jednak pewną złotą trójcę – bo chcę, mogę, a poza tym – może trafi się ktoś, komu się to jednak do czegoś przyda.
Każdy z nas jest głupi
Młodość to buta, głupota i czarno-biały świat. A jeszcze kiedy, tak jak ja, nie uznajesz absolutnie żadnych autorytetów i nienawidzisz jakichkolwiek dobrych rad – tych „z troski”, „z doświadczenia” czy „dla twojego dobra” – zdecydowanie łatwiej (co wiem po sobie) ładujesz się w życiowe głupoty.
A kiedy tak spieprzysz sobie trochę rzeczy, ale jednak coś tam dorośniesz – to uświadamiasz sobie z przerażeniem powagę całej sytuacji. A wtedy uderzają cię w życiu 3 rzeczy.
Życie jest dłuższe, niż ci się wydaje
Nie wiem, czy wynika to ze środowiska wiejskiego, z którego pochodzę, czy z narzucanych nam bardzo mocno przekonań naszych dziadków – ale życie nie kończy się wtedy, kiedy masz 25 lat i zostajesz bez małżonka, dzieci, budowy, studiów czy wszystkiego, co tam trzeba osiągnąć szybko i cokolwiek spektakularnie, żeby inni się mogli tobą wychwalić, że ZROBIŁEŚ ŻYCIE szybciej niż wnuczek cioci Wiesi albo kuzynka od strony wujka Władka.
Jakby to był XIX wiek i twoja przewidywana długość życia to 37 lat max, kiedy to padniesz z wycieńczenia przy 9 porodzie. Więc, do cholery, rób wszystko szybko, żeby zdążyć.
Miałam ze 24 lata, kiedy uświadomiłam sobie, że nie osiągnęłam nic i że to bardzo źle o mnie świadczy. Minęło następnych dziesięć – dalej jestem w dupie, ale teraz mam już świadomość tego, że życie jest dłuższe, nie kończy się zaraz za zakrętem – i jak coś źle rozkminisz za młodu, to nie jest tak, że masz zaraz GAME OVER, jak cię straszyli – bo żyjesz jeszcze długo (i to ze wszystkimi konsekwencjami swoich czynów).
Dygresja: czasem mam wrażenie, że to narzucenie tego SZYBKO było po to, żeby to odhaczyć, a potem to już tylko czekać na śmierć, bo tak większość dorosłych wokół właśnie wyglądała (a część wygląda nadal).
Skutki twoich błędów mogą być poważniejsze, niż myślisz
A przez to – pieprzyć ci w perspektywie o wiele więcej rzeczy, niż może ci się na początku wydawać.
Ale znowu – jak jesteś młody, to nie myślisz tymi kategoriami. Musi minąć czas, żeby pewne rzeczy rozkminić. Powinni być przy nas rodzice – kochający i uważni. Wspierający. Pozwalający się nam wywracać – ale nie tak, że narzucają jedyne SŁUSZNE rozwiązanie i plan na twoje życie.
A tego często nie ma. Nasi rodzice nie uczyli nas żyć. Moja koleżanka powiedziała mi niedawno zdanie, które może i brzmi głupio, ale dało mi do myślenia. Wiecie, jakie? Że jak wychodziła za mąż, to jedyne, co umiała, to grabić siano. To była metafora tego, że nie wyniosła z domu ani żadnych praktycznych życiowych umiejętności, ani jakiegoś extra psychicznego wsparcia.
I takie właśnie jest nasze pokolenie. Zaniedbane. I jeśli ktoś idzie prostą ścieżką – to jakoś nią będzie szedł. Może nawet będzie szczęśliwy. Ale jeśli jesteś takim człowiekiem jak ja, a wiadomo, że u mnie to „overthinking is my superpower” – no to cóż. To więcej sobie pieprzysz, niż osiągasz.
Grasz tylko tymi kartami, które masz
Żałuję, że nie urodzę się już córeczką bogatego tatusia ani dziedziczką fortuny, heh. Moje prywatne karty nigdy nie były jakoś spektakularne, dużo sobie sama zjebałam, a teraz w sumie choroba kilka możliwości też mi odebrała. Nie lubię się do tego przyznawać, bo to boli – ale jest, jak jest. Inaczej nie będzie.
Ale o tym pisałam już wiele razy – tego rozkminiać już głębiej nie będziemy.
Jeśli chcesz to rozwinąć – to po prostu spójrz na siebie. Choćby w takim kontekście, gdzie zawsze chciałeś być, a gdzie realnie się znalazłeś. Czy czujesz satysfakcję? Jeśli tak, to super. Ja sobą jestem raczej rozczarowana – choć mechanizm dochodzenia do tego mojego prywatnego spierdolenia już w miarę znam. Chociaż taki plus.
Smutna prawda o życiu
Czy to, kogo mamy obok siebie, dorastając, ma na nas wpływ? Pewnie, że tak. Szkoda więc tych wszystkich zmarnowanych potencjałów, które nie miały wokół siebie mądrych wzorców. Takich, na które się patrzy i które się chłonie.
Prawda jest bowiem taka, że jak jesteśmy młodzi – TO WSZYSTKO WIEMY, KURWA, NAJLEPIEJ. A jak patrzymy na coś, co wyrządza nam więcej szkody, niż pożytku – to więcej się ślizgamy na skórce od banana, niż idziemy prosto.
A uczymy się i ze słów, i z obserwacji. Dobrze więc mieć na kogo patrzeć i słuchać wartościowych rzeczy, a nie tylko uwag, zjeb i ustawiania w szeregu, które ma nas klasyfikować w różny sposób – jako krnąbrnych, nieudaczników lub ludzi, którzy mają nie chcieć od życia zbyt dużo. Może wtedy już w młodości bylibyśmy mądrzejsi, a nasz bunt byłby tylko przejściem do dorosłości, a nie walką ze sobą i całym światem?
Powtórzę więc – młodość to głupota. Ale chyba da się ją minimalizować poprzez odpowiednie wzorce? Ja już się tego nie dowiem – a szkoda. Bo potem się okazuje – że to wszystko ma na resztę życia wpływ o wiele większy, niż moglibyśmy wtedy przypuszczać.
Bo potem widzisz, że masz 30 parę lat, wiele rzeczy ci odpłynęło, a świata już nie zawojujesz. No chyba, że coś jebnie takie salto, że aż opadnie mi szczęka.
Realnie nie liczę na cud – ale jak się zdarzy, to juz będę mądrzejsza – i wezmę z niego garściami.



