Jak funkcjonuję rok po hemikolektomii prawostronnej?

Nie zagrały fanfary, nikt nie pogratulował, w Lotto w ramach rekompensaty też nie wygrałam. Można powiedzieć, że… Nie zmieniło się nic, a inne jest wszystko.
Organizacyjnie odsyłam do wpisu Życie po hemikolektomii prawostronnej oraz Pół roku bez flaków – jeśli chcecie mieć pełen obraz.
Więc… 24 marca. Dziś świętuję. Od roku nie mam 60 centymetrów flaków. Mam za to magisterkę ze srania. To tytuł naukowy, o który nigdy nie chciałam się ubiegać.
Zdarza się, że produkt, który „testowałam” już kilka razy i współpracował dobrze, za którymś innym razem postanawia robić ze mną to, co kiszony ogórek, który zjadłam dziś do obiadu. Podobnie z dźwiękami. Czasem się czuję, jakby moje jelita założyły kapelę metalową. Pasuje zachować powagę albo wokół panuje cisza? No to ja nie muszę nawet otwierać ust – a i tak mnie słychać.
Chyba urodziłam się po to, żeby być gwiazdą – bo jakimś cudem zawsze ląduję w centrum uwagi.
Tak, że ten… Będzie trochę podsumowań i trochę nieładnej prawdy. A nawet wyjaśnię, dlaczego uważam, że wyglądam jak Tomek.
Kiedy budzisz się z narkozy
We wpisie Wszystko zaczęło się od rosołu, który jest maksymalnie chaotyczny i wymaga poprawy (ale widocznie taki pierdolnik miałam wtedy w głowie), opisuję rzeczy, które wprowadzają tu kontekst. Można się wrócić, a można po prostu czytać dalej.
Uważam, że operacja była gorsza niż chemia. Chemia była nudna i wyniszczająca, zabieg zabrał mi sprawność. Nie chciałabym już być tak patroszona. Jak mam się widzieć z moim chirurgiem – to niech mi wytnie pieprzyk czy coś.
Da się zrobić hemikolektomię prawostronną laparoskopowo – ale trzeba do tego nie mieć guza wielkości własnej głowy. Mnie rozpłatali tak, że czułam się, jakbym grała w Kill Billu. I to jest także realna konsekwencja tej operacji – powrót do sprawności był powolny i wymagał samozaparcia.
Organizm ludzki to jednak niezwykła machina, która niesamowicie potrafi się regenerować. Coś naprawionego jednak niekoniecznie będzie potem funkcjonować tak samo.
Wstać i iść
Po poniedziałkowej operacji, w środę wieczorem wstałam sama, choć pionizowali mnie już wcześniej.
Najpierw nie miałam sił, bo nie jadłam, po operacji czułam się, jakbym wpadła pod ciężarówkę, a na to wszystko wjechała jeszcze chemia, więc uważam, że odzyskiwałam sprawność stosunkowo szybko – ale miałam w sobie chyba dużo samozaparcia.
Zawsze mnie to zadziwia. Często uważam się za osobę słabą. A jakoś jeszcze nic do końca mnie nie złamało. Co nie zmienia faktu – że chętnie pożyję sobie na farcie, żeby znowu wszystko mi wychodziło.
Jedzenie po hemikolektomii prawostronnej
Kiedyś trawienie było procesem magicznym, odbywającym się za zamkniętymi drzwiami. Dziś to raczej szybki montaż na taśmie produkcyjnej. A z pewnymi rzeczami i tak witam się ponownie w niemal niezmienionej formie.
„Nie wiedziałam, że aż tyle zjadłam tych frytek” i inne tego typu teksty – to dla mnie chleb powszedni. Może głupio się przyznawać, ale jak wiesz, czym jest prawdziwa krew z dupy – to okazuje się, że po roku wciąż masz traumę i zerkasz za siebie. No cóż. Podejrzewam, że ludzie po podobnych przejściach – też prawdopodobnie robią to samo.
Po operacji jadłam z ograniczeniami. Lekkostrawnie i, oczywiście, już bez glutenu. W momencie, w którym zjadłam pierwszy stek, zaczęłam wprowadzać w sumie coraz więcej produktów.
Teraz zjem już wszystko, ale… No nie wszystko strawię.
Ostatnio rozprawiłam się nawet z półkilogramowym T-bone'm. Jak go zobaczyłam na talerzu, to pomyślałam, że jakbym wycięła w nim oczy, to mogłabym sobie z niego zrobić maskę. Ale wołowina to osobny temat. Nie dość, że moja wielka miłość – to jeszcze akurat mięso trawi się stosunkowo najlepiej. Mogłabym więc przejść na carnivore – ale chyba umarłabym z nudów.
Pewnie, że popełniam błędy. Jeden z nich nazywa się Crunchipsy. Na swoją obronę mam absolutnie nic. Jestem kompulsykiem. Lubię jeść dla złudnego skoku dopaminy i bywa, że sobie na to pozwalam, jeśli czuję, że to jedyna rzecz, która poprawi mi humor.
Co może źle działać na jelita po hemikolektomii?
Zrobię szybką listę rzeczy, na które trzeba uważać po operacji jelit. Zeżarłam każdą z nich, często więcej niż raz. Uważać oznacza – częstsze wypróżnianie, a w skrajnych wypadkach – niespanie przez pół nocy, tylko wycieczkowanie między łóżkiem a łazienką (ważny spoiler alert: z czasem przy niektórych produktach „odporność” się poprawia, a przy innych wcale – ale to prawdopodobnie bardzo indywidualna kwestia).
W ogóle to wyobraźcie sobie sytuację: macie kurewską ochotę na chipsy. Ale taką, że jak ich nie zjecie, to Was rozerwie do środka. W takiej sytuacji głupota przykrywa myślenie, więc kupujecie sobie 2 paczki nachosów i jedne keczupowe. No, może colkę jeszcze do popicia.
3 paczki. Ilość może za duża, ale jeszcze nie skandaliczna. Wchodzą jak złoto.
A potem się okazuje, że spania nie ma. Za to dużo kroków można nabić przez noc, bo się często chodzi. I w sumie koło 2-3 się zazwyczaj dochodzi do wniosku, że chyba nie było aż tak miło, żeby to było tego warte.

Czego jelita na pewno nie lubią?
Pierwszym dramatem dla jelit jest alkohol (ale o nim będzie jeszcze niżej). Potem strączki (fasolki w różnych kształtach, rozmiarach i kolorach, ciecierzyca, soczewica), kiszonki (te normalne, czyli ogórki, kapusta, rzodkiew i co tam jeszcze się da ukisić, a da się dużo; i te ostrzejsze, czyli np kimchi).
Przyprawy – no to klasyki: chili (szczególnie w płatkach, z dużą ilością pestek) oraz kurkuma. Nabiał – ja się najbardziej nie lubię z mascarpone. Zielone warzywa w liściach (rukola, sałata), śmieciowe żarcie, oczywiście (jak te wspomniane chipsy; dodatkowo frytki i gotowe sosy/dipy na majonezie – jakiś sos tatarski, remulada, etc).
No i co ja z tego zestawu jem? No wszystko, bo nazywam się Joanna Snopek i jestem zajebiście odważna.
A tak na poważnie – potrafię przewidzieć reakcję na każdą rzecz, jaka może znaleźć się w moim jadłospisie. I… Chuj z tym, bo czasem się okazuje, że jest całkiem inaczej, niż miało być.
Jeśli masz więc skrócone flaki – to i tak wszystko się może zdarzyć.
Co spowoduje dyskomfort jelitowy – ale mniejszy?
Szpinak, kukurydza, skórki i pestki (takie z malin na przykład), orzechy i pestki (od migdałów po dynię. Ostrożnie trzeba też z chia czy siemieniem lnianym), suszone owoce. Warzywa krzyżowe (ale niektórzy źle reagują na kapustę czy kalafior nawet mając całe jelita).
I na deser – słodziki. Inulina oraz poliole (ksylitol, erytrytol, sorbitol) – wolę zjeść ciastka z cukrem niż z tymi gównami.
Czym więc słodzę? Staram się daktylami, miodem i allulozą, ale wiadomo, że teoria teorią, a praktyka praktyką. Więc cukru też używam. I wolę zjęść coś z cukrem, niż zdychać od słodzików albo męczyć się ze smakiem erytrytolu, którego nienawidzę.
Napoje gazowane mi nie przeszkadzają (i tutaj słodziki też jakoś znoszę) – ale bąbelki mogą podrażniać układ pokarmowy. Nawet, jeśli wybierze się po prostu wodę gazowaną.
Cała prawda o kawie
Jak to kiedyś powiedziałam: „Odmawiam sobie już tylu rzeczy, że bez kawy to się już po prostu zesram”. A potem sobie uświadomiłam, że z kawą – to nawet jeszcze bardziej.
Kocham kawę. Mogę wypić ją o 5 rano i o 3 w nocy. Oczywiście – staram się ograniczać. Ale jeśli mam ochotę – to zawsze chętnie jebnę kawkę. Choćbym miała mieć potem w nocy oczy jak pięciozłotówki.
Trzeba mieć jednak świadomość, że bez zastawki kawa to dodatkowy popędzacz – a co to znaczy, no to wiadomo. Patrz wyżej.
Alkohol po hemikolektomii prawostronnej
Alkohol jest zły. W każdej ilości i dla każdego. Nie trzeba być Aśką bez flaków po raku. Robię więc wszystko, żeby nie pić. Ale czasem jest jak z Crunchipsami. I jak z jedzeniem dla dopaminy.
A potem zaczyna się dramat.
Kac przy krótkich flakach jest przeżyciem straszym (bo odwodnienie jest intensywniejsze) i długotrwałym. Jedyne lekarstwo – dla mnie mięso z frytkami. Jeszcze mnie nigdy nie zawiodło. Stawia na nogi – ale dokłada cierpienia jelitom. Dozujcie więc ostrożnie.
Bo alkohol = sraczka. A kac + frytki z mięsem = sraczka podwójna. Po prostu.
Aktywność fizyczna przy krótszych jelitach
Tu znowu wspomnę o zastawce na styku jelita cienkiego i grubego. Ja jej nie mam, a ona jest hamulcowym wszystkiego, co siedzi w środku.
Jeśli więc chcesz skakać na skakance – postaw TOI-TOI'a 3 metry obok. Jeśli chcesz rwać sztangę – no to chyba zrób lewatywę, bo ja sobie tego nie wyobrażam.
Bieganie, skakanie, dźwiganie – tu mnie zdziwiło wiele rzeczy. Negatywnie, niestety.
Zawsze miałam niską masę własną, więc do noszenia ciężarów się nie nadawałam. Ale w życiu już i biegałam, i dużo skakałam na skakance. Więc teraz czuję się nie do końca sprawna. Jeśli napiszę, że mam 85% swojej dawnej sprawności – to te 15, które mi zabrano – przyniosło dość uciążliwe konsekwencje.
Co musisz mieć w domu po hemikolektomii prawostronnej?
Zestaw do sprzątania kibla. Przykro mi, ale tak jest. I to zestaw swój ulubiony, przemyślany, wygodny i dopracowany. Bo będziesz sprzątać dużo i często, czy tego chcesz, czy nie.
Więc dobrze sobie ten proces jak najbardziej ułatwić.
Nie piszę tego po to, żeby podkręcić poziom obrzydliwości – rodzice noszą zawsze pełen zestaw dla dzieci i nikogo to nie dziwi. Znormalizujmy więc to, że jak nie masz całych flaków, to też musisz mieć swoją nieodłączną „kosmetyczkę”.

Asia i Tomek
Jak ułożę włosy, to mogłabym stanąć w oknie i zacząć śpiewać „It must have been love, but it's over now”, a potem czekać, czy w jakiejś limuzynie otwiera się szyberdach. Ale jak wstaję rano i mi się tam gdzieś odgniotły włosy w dziwnych kierunkach, to wyglądam bardziej jak Tomek z 5b.
Wszyscy twierdzą, że w krótkich włosach młodziej. I strasznie to ciekawe, bo akurat ja się w nich czuję… Raczej staro. Jedyny plus, że się szybko myje.
Jak więc żyję rok po skróceniu jelit?
Ciężko ten rok jednoznacznie podsumować, bo po operacji miałam jeszcze chemię, a ta do jednego wyjebania – dołożyła drugie.
Fizycznie jest mnie mniej, bo mniej mogę. Mam ograniczenia, o których nie marzyłam, będąc ledwie po trzydziestce. Zawsze mi się wydawało, że będę robić szpagaty do starości, a teraz jak mam dźwignąć pudło z podłogi, to najpierw analizuję, jak to zrobić, żeby mi się w trakcie wszystko w jelitach nie powywracało.
Co do diety – kocham jedzenie, bo zawsze je kochałam. Teraz jednak trochę bardziej bez wzajemności.
Zresztą – z zewnątrz nie widać, że mam defekt, który tak mocno definiuje moje życie. Czasem to dobrze, czasem – wręcz przeciwnie.
Nie mam żadnych dobrych rad
Nie będę mówić, jak funkcjonować z tym wszystkim i tak dalej – najpierw długo byłam na zwolnieniu, potem pracowałam z domu. Teraz reorganizuję swoje życie i nie wiem, gdzie mnie ono jeszcze zaprowadzi.
Miałam komfort. Taki, o jakim wielu nie może nawet pomarzyć. Przez to zawsze wtrącę swoje 3 grosze, jak ktoś się oburza, że lepiej się płacze w Mercedesie. A każdemu, który powie, że bogactwo nie chroni przed rakiem – wierzcie mi, kurwa, że jak nie musisz się martwić, czy ci nie braknie na chleb – to nawet, jeśli miałbyś umrzeć, to zrobisz to spokojniej. I mówię to z perpsektywy osoby, któy generalnie witała się z trumną. Ale o pieniądzach może porozmawiamy sobie jakimś innym razem.
O reszcie możecie poczytać w innych postach. Bo czasem mi się wydaje, że turbo-sranie to i tak mój najmniejszy problem.
Więc na koniec napiszę tylko tyle: lepiej mieć całe flaki, niż ich nie mieć. Ale jak już ich w całości nie masz, to i gówno zrobisz, po prostu musisz się przestawić.



