Życie po hemikolektomii prawostronnej

Dzisiaj nudny post, ale może się to komuś kiedyś przyda, ktoś to w necie znajdzie. Łatwo bowiem trafić na opis operacji, możliwe powikłania i pierdolenie o powrocie do sprawności.
Jak to jednak wygląda w praktyce? Przeżyłam i mogę to opisać. Bez lukru. Bo kilka rzeczy, niestety, fajnych po tym nie jest.
Generalnie tak… Kilka dni temu minęło mi 3 miesiące od zabiegu. Gdyby tylko na tym się to wszystko skończyło, to po tym czasie miałam już być w PEŁNEJ SPRAWNOŚCI.
Czy w niej jestem? Nie mam pojęcia. Dzisiaj zrobiłam pierwsze przysiady i na pewno mogę powiedzieć, że mięśnie są zastane, a ciało jest kompletnie nierozciągnięte. Jak zrobiłam przysiad sumo (z zawrotnym obciążeniem 1kg), to przez moment myślałam, że pęknę gdzieś w okolicach miednicy. To ważne, bo w styczniu byłam stosunkowo dobrze rozciągnięta, ponieważ zaczynałam od tego moje codzienne ćwiczenia.
Co to jest hemikolektomia prawostronna?
Hemikolektomia prawostronna to ta “lepsza” – bez stomii. W moim wypadku pożegnałam się z 16 centymetrami jelita grubego i 44 cienkiego.
Według regułki, HP to zabieg chirurgiczny polegający na usunięciu prawej połowy okrężnicy, czyli jelita grubego. Obejmuje to wycięcie kątnicy, wyrostka robaczkowego, okrężnicy wstępującej oraz fragmentu okrężnicy poprzecznej. Zabieg ten jest stosowany w leczeniu różnych schorzeń jelita grubego, takich jak nowotwory czy stany zapalne.
Moja HP nie była więc pewnie do końca standardowa. Jedno wiem już na zawsze – ataku wyrostka robaczkowego mieć nie będę. To tak pewne, jak to, że nigdy nie zachoruję na prostatę.
Generalnie jest tak, że po operacji najpierw opłakujesz stratę. Nigdy o swoich flakach jakoś specjalnie nie myślałeś, teraz ci ich żal. A najbardziej żal ci wszystkich tych rzeczy, których – jak ci się wydaje – nigdy już nie zjesz.
Przez kilka tygodni pionizując się, czułam w środku chlupnięcie flaków. Serio. Wierzcie lub nie, ale jelita musiały ułożyć się na nowo i kiedy wstawałam, to czułam jak zmieniają pozycję. Może nie było to nieprzyjemne, ale dziwne na pewno.
Jak długo goi się jelito po hemikolektomii prawostronnej?
Jelito po HP goi się kilka tygodni. Po 3 miesiącach mam wrażenie, że mogę jeść wszystko – w takim kontekście, że nie będę po tym cierpieć. Bo czy się to strawi w pełni, to już całkiem inna sprawa…
Łączenie jelit wypadło pod żebrami po prawej stronie. To raczej standardowe miejsce. Nie pamiętam, żebym w ciągu tych 3 miesięcy odczuwała tam jakikolwiek ból lub dyskomfort.
Dieta po hemikolektomii prawostronnej
Po HP obowiązuje standardowa lekkostrawna dieta, z dużą ilością białka, bez błonnika!
W ogóle to po operacji myślałam, że przez tydzień będę tylko na kroplówce, 3 miesiące na zupkach przecieranych bez przypraw, a potem to cholera wie, ale pewnie tylko kurczak i gotowana marchewka.
W praktyce jelita trzeba ruszyć, więc posiłek dostałam jak zaczęłam kontaktować (we wtorek, operacja była w poniedziałek). Przez cały pobyt w szpitalu podawali mi też “hamburgera” (nazwa wymyślona przeze mnie) – czyli litrowy worek z żywieniem, który dostawałam dożylnie. Jego największym minusem było to, że bardzo długo schodził (około 8-10 godzin).
Kiedy zaczęłam jeść normalnie? Mniej więcej 2 miesiące po usunięciu jelit. Normalnie oznacza dla mnie to, że kurczaka, którego nienawidzę, mogłam wymienić na wołowinę, którą kocham.
Czy można pić kawę po operacji jelita grubego?
Na kawę zezwolenie dostałam 2 tygodnie po zabiegu. Na 1 małą, (czarną, bez dodatków) dziennie. Miałam przerwać lub kontynuować spożywanie zależnie od samopoczucia i rezultatów (po hemikolektomii jako rezultat należy rozumieć biegunkę).
Na ten moment piję 2 czarne dziennie. Bez ekstrasów, mocne, po prostu “na fusach”, bo nie mamy w domu ekspresu.
Jak wygląda wchłanianie po hemikolektomii?
Krótsze jelito oznacza 2 główne rzeczy:
- brak zastawki między grubym i cienkim
- szybszy pasaż.
Obie te rzeczy składają się na… biegunki. Do tego dochodzi upośledzone wchłanianie składnikó pokarmowych.
Po kilku miesiącach sytuacja powinna się poprawić, a dodatkowe zagojenie się kosmków bez glutenu spowodować ich wydłużenie – dzięki temu, że kosmki będą dłuższe, powinny przejąć wchłanianie, adaptując krótsze jelito do przejęcia funkcji brakujących fragmentów oraz spowalniając nieco za szybki pasaż.
Jak będzie – nie wiem. Ale w sumie miło by było, jakby to faktycznie miało miejsce, bo teraz, niestety, moje życie jest uzależnione od mojego jelita i szczegółowych planów, które uwzględniają to, co danego dnia mam do zrobienia.
Wyjazd czy nawet dłuższe zakupy to stosunkowo poważna logistyka, o spontanicznym spacerze nie ma mowy. No chyba, że ktoś lubi srać po krzakach, to można próbować (ja nie preferuję). Nie byłabym w stanie wybrać się, na przykład, nad Morskie Oko tak jak w zeszłym roku. Ruch wzmaga bowiem pracę jelit, więc w każdej chwili może pojawić się… biegunka.
I z biegunką, niestety, po hemikolektomii trzeba się możliwie jak najbardziej zaprzyjaźnić. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. O chemię po HP nawet nie pytajcie – chemia na jelita też dość intensywnie działa, a oznacza to… Już sami sobie dopowiedzcie.
Czego nie jem po hemikolektomii prawostronnej?
Generalnie zjeść jestem w stanie wszystko – ale nie wszystko się strawi. Jest wiele rzeczy, które po hemikolektomii wychodzą z ciebie tak, jak weszły – czyli jak pogryzłeś, tak na ciebie spojrzą z toalety. Dotyczy to wielu surowych rzeczy typu pomidory ze skórką, warzyw, których nie rozdrobnisz (smażony szpinak, całe liście), orzechów, a także żarcia śmieciowego (chipsy, frytki).
Oczywiście, pamiętajmy, że mam nietolerancję glutenu, więc wyeliminowałam go całkowicie.
Co jem po hemikolektomii prawostronnej?
Teraz, w mojej diecie, ładuję jakbym się przygotowywała do bikini fitness. Plus tego jest taki, że nie ćwicząc praktycznie wcale, odbudowałam pewnie z 80% masy mięśniowej. W rezultacie wyglądam dość intrygująco, bo twarz i brak włosów zdradzają chorobę, a uda i ramiona są stosunkowo mocno umięśnione. Szkoda, że to tylko taki zwodniczy obraz i mam w sobie naprawdę niewiele siły, porównując to do tego, co było kiedyś.
Jestem na low carb, celując w 100g białka dziennie, plus zdrowe tłuszcze raczej w większych ilościach (oliwa, prawdziwe masło, tłuste ryby, jajka). Moje śniadanie to ryba (makrela, sardynki – dla Omega 3), jajko, jakieś delikatne warzywko (smażony szpinak, gotowany burak, świeży ogórek).
Obiad to wołowina, podroby (żelazo!) albo ryba i jajko. Plus znowu jakieś delikatne warzywa. Makarony bezglutenowe, kasze, ziemniaki – raczej rzadko, wybieram częściej choćby gotowaną marchewkę z masłem, krem z pomidorów doprawiony miodem i octem balsamicznym, czy pastę daktylową z kakao.
Kolacja to kalkulator – dobijam wtedy białko odżywką, zjadam trochę orzechów, czasem gorzką czekoladę 64-70%, bo jak nie jesz słodkiego, to taka wydaje ci się słodsza niż mleczna Milka.
Świeżych owoców nie jem wcale, wysokobłonnikowych warzyw unikam.
Czy taka dieta jest nudna? Staram się, żeby nie była. Jak robię pastę z sardynek, czasem jest z fetą, innym razem z suszonymi pomidorami, potem z natka pietruszki, etc. Uwielbiam pieczoną paprykę (ważna witamina C przy niedoborach żelaza), a także sery. Old Amsterdam mogę jeść na kilogramy (ale staram się nie łączyć wapnia z mięsem, bo żelazo przegrywa wtedy przy wchłanianiu).
Ja i moje grzechy kulinarne
Dajcie mi lody od Grycana, a zjem nawet wiadro (szczególnie po sterydzie albo na chandrę). Próbowałam już też chipsów, a nawet znalazłam kilka przepisów na ciasta, w których nie ma mąki pszennej (jest lato, już muszę zacząć kompletować plan na mój tort na styczeń – liczę, że dożyję).
Generalnie cukier to gówno, ale jak mam ochotę przetrącić Snickersa (zawsze sprawdzajcie skład, ale z założenia nie mają glutenu), to po prostu to robię. Już dostateczną karą jest dla mnie to, że marzę o pszennym chlebku z chrupiącą skórką albo knedlu bułczanym.
Nie będę się mądrzyć o zasadzie 80 na 20 – wierzcie mi, że dla osoby, której największym hobby było żarcie, moja obecna sytuacja to taki trochę dramacik. Cieszę się, że jem tak odżywczo i tak dalej – ale z wielu rzeczy zrezygnowałam, bo musiałam, a innych nie używam, bo mi nie służą. Przestałam jeść, na przykład, karkówkę i boczek, bo wieprzowina to dla mnie papier – ma bardzo mało żelaza, a ja teraz wręcz rozpaczliwie go potrzebuję.
Jak więc widać – żyć się da. Ale nie jest to już to, co było. Adam mi zawsze powtarza, że 33 lata jadłam wszystko jak świnia, więc powinnam już poczuć się “odbyta” – a ja wtedy w głowie przewijam listę rzeczy, których jeszcze nie zdążyłam spróbować albo do których tęsknię.
To nie jest porada dietetyczna!
Powyższy post nie stanowi porady dietetycznej w żadnym tego słowa znaczeniu, choć czasem mam wrażenie, że po tych paru miesiącach zdałabym niejeden egzamin na dietetyce.
Więc jakby co – na piwo mnie już nie zaprosicie. Ale na dobrą kawę albo steka – zawsze chętnie skoczę.



