Przemyślenia

Wciąż żyję, a wpis jest o niczym

Joanna Snopek ·

Wciąż żyję, a wpis jest o niczym

Nawet się w sumie zastanawiałam, czy robić jakieś podsumowania przed ostatnią chemią z pierwszego cyklu (nawet, jeśli jeszcze nie wiem, co dalej), ale doszłam do wniosku, że w sumie to mam w to wyjebane.

Prawda jest taka, że jak jesteś chociaż odrobinę ogarnięty, to żyjesz swoim życiem tu i teraz. Przeszłością bowiem żyć nie warto, a przyszłością się tak naprawdę nie da, bo to zawsze będą tylko twoje pobożne życzenia.

A ja już nie pamiętam, jak było przed rakiem. Smutne, ale prawdziwe. Jestem teraz, tutaj. Niekoniecznie zadowolona, ale w takiej sytuacji, w jakiej jestem. W życiu warto walczyć o swoje, ale resztę trzeba przyjąć takim, jakie jest. Z cynicznym, kurwa, stoickim spokojem. Możesz grać tylko takimi kartami, jakie masz – nawet, jeśli w danej chwili są gówniane.

Wspomnienia są zawsze subiektywne

Tak więc… Nie pamiętam życia sprzed raka – mam tylko wspomnienia na temat tego, jak było. Ba! Ja nie pamiętam nawet do końca operacji i tego, co po niej – ale to, to świadomie wypieram. O ile rak jest nudny i upierdliwy, to jak cię wypatroszą jak świnię – to jest to jeszcze gorsze. Jedyny plus całej tej sytuacji jest taki, że aktualnie jestem w stanie docenić to, że można być sprawnym.

No, może jeszcze druga fajna sprawa jest taka, że naprawdę dobrze trzymam się ostatnio diety. Ale jak to powiedziałam komuś niedawno: gluten mnie nie zabije, bo nie jestem aż takim ekstremalnym celiakiem. Ale sama świadomość tego, że mogłabym go żreć i hodować sobie na flakach kolejnego raka – jakoś mnie tak strasznie zniechęca do pszenicy i reszty.

Spioler alert: ja też mam uczucia

Aa… I jedyne, co chciałabym zrobić, to powiedzieć wszystkim, którzy twierdzili, że ja to sobie ze wszystkim poradzę, bo jestem twarda, to żeby mnie pocałowali w dupę.

Wiem, wiem… Z biegiem lat nauczyłam się być opanowana do nieprzytomności. Każdą sytuację potrafię znieść ze stoickim spokojem albo rzucić jakimś sarkastycznym żartem. Ale zdarza mi się, że w środku krzyczę. Tak, kurwa, nawet ja.

Komentuję moje dramaty z typowym dla siebie wyjebaniem, ale wewnętrznie potrafię mieć w sobie mętlik, który mam wrażenie, że rozpierdoli mnie na kawałki. Niestety ludzie wokół jakoś tak zapomnieli, że nawet, jeśli ich nie pokazuję – to przecież też mam emocje.

Doprowadziło to do sytuacji, że wszyscy współczują wszystkim – a mnie najmniej. Biedni są moi bliscy, wszyscy z rakiem, inni wokół (bo mają gorzej), a ja to chuj, bo ja to wszystko zawsze zniosę. Przecież po mnie nic nie widać.

A czasem bym chciała, żeby i mnie ktoś zauważył. Chociaż przez moment. Mieć takie „widzę cię”. Niech mnie potem zostawi z moim życiem i moim bólem, ja lubię święty spokój. Ale niech mi nie odbiera prawa do tego, że mogę go mieć.

Już w sumie prawie koniec lata…

…a ja wyszłam na kilka spacerów. Spostrzeżenia mam generalnie takie, że chyba jestem największą atrakcją w miasteczku, w którym mieszkam.

Już w Lidlu i Żabce to się do mnie przyzwyczaili. Ale jak idę chodnikiem i mijają mnie randomowi ludzie – to niektórym, mam wrażenie, że głowa się na szyi ukręci.

Podobno kiedy Teresa Orlowski szła ulicą, to faceci wpadali na latarnie. Ja mam mniejsze cycki, ale supermoce te same.

Podobne wpisy