Sterydowe update II

Puchnę. Na twarzy i w okolicy brzucha. Bardzo źle robi mi to na głowę. Okrągła gęba to coś, czego nienawidzę. Miałam do tej pory wspaniałe kości policzkowe i jeszcze lepszy kaloryfer na brzuchu. Teraz jeszcze chwilę, żeby stracić włosy i będę wyglądać jak glizda.
Blizna na brzuchu mi nie przeszkadza. Nie jest piękna, ale stwierdziłam, że mam w dupie, czy komuś będzie się kiedyś podobać, jak wyglądam w dwuczęściowym bikini, czy nie.
Do sterydów mam jednak całą masę zastrzeżeń. I to po 1 cyklu! Niszczą mi ciało i głowę. Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego moja doktor powiedziała, że powrót do pełnej sprawności po zakończeniu leczenia trwa 2 lata. 2 lata. Fizycznie. A cholera wie, ile samo leczenie. I czy skończę je w trumnie, czy w remisji. I dodatkowo – co będzie z moją głową. Chciałabym napisać, że jak feniks z popiołów, jeszcze silniejsza i blablabla, ale gówno wiem. Na razie każdy kolejny dzień różni się od poprzedniego tak bardzo, że nie mogę w tym znaleźć żadnej prawidłowości. Miotam się jak w klatce.
W poprzednim poście pisałam, że wróciła sarkastyczna Aśka. No i jest tu z powrotem. Wściekła na świat i w bojowym nastroju. Ale dalej momentami się zatrzymuje, bo w sumie to ten rak gorzej siada na łeb, niż myślałam.
Jednak twoja głowa to najgorsze więzienie. Za chuja z niej nie wyjdziesz. A zapomnisz się na moment i lądujesz tam, gdzie nie chcesz. Szczególnie, jeśli tak, jak ja masz skłonności do overthinkingu.
W zeszłym tygodniu minęło 6 tygodni od operacji. Myślałam, że zacznę myśleć o chodzeniu w moich ukochanych klapkach na obcasie, tymczasem mam problem funkcjonować bez pasa uciskowego, bo po chemii szybko się męczę. Hahahaha
Co za sprawność.
A jeszcze doliczając do tego zjazd odstawienny od sterydów, to o ja pierdolę. Wczoraj jeszcze nie wiedziałam, jak to może wyglądać.
Czy będzie się poprawiać? W jakim tempie? I co mnie czeka po kolejnych chemiach?
Usłyszałam takie „pocieszenie” od pewnej weteranki, że każda chemia może mnie zaskoczyć czymś innym, bo skutki uboczne są absolutnie nieprzewidywalne.
Zajebiście to słyszeć.
Czyli tak: w sobotę był ostatni steryd (10 maja). Do wieczora w niedzielę w miarę funkcjonowałam, wieczorem pojawiło się ogromne zmęczenie i zniechęcenie. W poniedziałek byłam najpierw na wpół martwa, a potem miałam takie wahania nastroju, że nawet nie będę tego opisywać. Psychicznie i fizycznie byłam wykończona. Dziś jest wtorek, jest mi lepiej, moje samopoczucie różni się o 180 stopni od wczorajszego.
Dobrze by było, gdyby mój nastrój i siły szły w górę. Liczę na to i dzisiaj znowu widzę światełko w tunelu.
Aa… I ważna sprawa. Ja nie zarażam. Ani rakiem, ani negatywnymi emocjami. Jak mnie znacie i widzicie, to traktujcie mnie jak zawsze. Wyglądam coraz bardziej jak UFO (w swoim mniemaniu), ale generalnie jestem taka sama. A kto mnie zna, to wie, co to znaczy.
Nie patrzcie na mnie takimi wielkimi przerażonymi oczami, bo jak wyjdą mi kłaki, to dopiero nie będziecie wiedzieć, co robić ani gdzie podziać wzrok.
Powiedziałam Adamowi ostatnio, że nie kupiłam szamponu na zapas, bo chyba szkoda, żeby tak kurzył się w szafce. To nawet nie było śmieszne, a nie mogliśmy przestać się brechtać.
Czy ten post miał sens? No… Był chaotyczny. Ale czuję się lepiej, że go napisałam. Nic nie poradzę na to, że na razie czuję się rozchwiana fizycznie i psychicznie. Prawda jest taka, że bardziej też mogłabym się załamać. A ja po prostu codziennie staram się jakoś funkcjonować. Niestety, na razie jeszcze dużo improwizuję, ale może się w tym wszystkim w końcu ogarnę.



