Mam chłoniaka i strasznie mnie to wkurza

Popatrzyłam dziś w lustro i zachciało mi się śmiać z mojej naiwności. Obcięłam już włosy na krótko i czekam na chemię. Jak mogło mi się wydawać, że skoro wycięli mi 60 centymetrów jelit, to sprawa na pewno zaraz się zakończy?
Fakt, powrót do pełnej sprawności miał trwać 3 miesiące. Miałam już nawet plan, co będę po kolei robić, zanim w lipcu zacznę ćwiczyć tak, jak lubię. Nie przewidziałam tego, że po badaniu wycinka sprawa okaże się bardziej skomplikowana, niż chciałam.
Nie jestem ani silna, ani dzielna. Jestem wściekła, że padło na mnie. Miałam na głowie dostatecznie dużo, dokładanie sobie do tego złośliwego chłoniaka w życiu nie przyszłoby mi na myśl.
Wysłałam dziś Adama do paczkomatu. Chyba myślał, że zamówiłam Nutridrinki, bo ich zapas w lodówce skurczył się do około 10 sztuk. A ja miałam chandrę i kupiłam sobie oprawki do okularów. Różowe złoto, w stylu office siren. Wiem, że świetnie bym w nich wyglądała, z włosami spiętymi dużą klamrą i kilkoma kosmykami puszczonymi wokół twarzy.
Problem polega jednak na tym, że za kilka tygodni będę łysa i wtedy najlepszą stylizację stworzę, jeśli nałożę na głowę papierową torbę z dziurami wyciętymi na oczy. Na szczęście wynaleziono zwroty, więc zawsze mogę zakleić pudełko i z powrotem wrzucić je do paczkomatu.
Budzę się rano, najczęściej przy akompaniamencie córki sąsiadów z dołu, która chyba przeżywa „bunt dwulatka” i, sądząc po krzykach rodziców, nienawidzi zakładać spodni. Chodzę po mieszkaniu, wyrabiając kroki, wsiadam już na rowerek stacjonarny, gotuję sobie zupy i gram w Angry Birdsy. Nawet zmywam naczynia i mam siłę na to, żeby poświęcić kilka minut na jogę twarzy.
I tylko czasem zatrzymuję się w pół kroku, na krótką chwilę lecąc w otchłań. A wtedy nie obchodzi mnie kompletnie, że inni mają gorzej i przeżywają większe tragedie – bo są takie momenty, że naprawdę interesuje cię tylko czubek twojego nosa.
Albo mam taki dzień, jak dziś. Kiedy czuję się tak dobrze, że myśl o tym, że od środka zżera mnie rak jest aż abstrakcyjna. Nawet wrócił mi już apetyt, jem coraz normalniejsze rzeczy. Jeszcze na boczek i kiszone ogórki za wcześnie, ale chociaż mam już możliwość nerwowego zajedzenia stresu. A w sumie mogę to robić, bo na razie wciąż jestem w niedowadze.
Moje początki z bezglutenowymi i bezcukrowymi słodyczami były okropne. Jadłam i miałam łzy w oczach, tak bardzo mi nie smakowały. Skończyło się to tym, że Adam spróbował wafli kakaowych, które dostały ode mnie naprawdę marną recenzję i stwierdził, że oczywiście przesadzam, co – cytat – normalnie występuje u mnie przy jedzeniu.
Wiecie, jak to jest – kiedy mogłam jeść wszystko, potrafiłam obyć się bez słodyczy i pieczywa TYGODNIAMI. Teraz, kiedy nie mogę ani białego cukru, ani glutenu, to mam ochotę głównie na to, co jest dla mnie niewskazane.
Ale do brzegu z tym postem, bo widzę, że wygląda jak swobony strumień myśli albo inny stand-up. Więc to wszystko podsumujmy.
Czy reszta postów będzie tak samo chaotyczna? Nie wiem, piszę co czuję, nie redaguję rozprawy naukowej. Błędy i stylistyka? Sorry, ale nie zdaję z tego matury. Mam po prostu jeszcze cholernie dużo do wyrzucenia z siebie, choć pewnie nie będzie czytał tego nikt oprócz ludzi, którzy mnie nie lubią.
Będziecie mogli się pośmiać, jaka jestem żałosna, że wychodzę z moim bólem na forum. Nie pozdrawiam.
Czy szukam atencji? Nie, nie szukam. Piszę, bo MOGĘ. A teraz to już całkiem mam w głębokim poważaniu to, co inni o mnie myślą.
A może jednak stanie się tak, że trafi na to ktoś, komu to pomoże? Może ktoś jest w podobnej sytuacji i myśli, że jest tyle chorych dzieci, niepełnosprawych i ludzi już na pewno terminalnie chorych – więc czym jest w tym wszystkim mój rak, który daje mi ileś tam procent szansy na remisję?
Wiesz, czym jest? Jest tym, czym musisz się zająć, bo w nowotworach, chorobach i tragediach nie chodzi o licytację na cierpienie, ani o to, kto ma gorzej.
Ja, gdybym się moim chłoniakiem nie zajęła, to zeżarłby mnie od środka w ciągu kilku lub kilkunastu miesięcy, bo jest złośliwy i szybko się dzieli. Szczęście w nieszczęściu, że dodatkowo zaatakował mi jelita, więc objawy pojawiły się wcześniej.
Ale jakiego guza sobie wyhodowałam, to opowiem wam innym razem. Na razie zostańcie z tym, że był tak duży, że postanowiłam nadać mu imię.



