Czego nie jeść po chemioterapii?

Przerzedziły mi się brwi i rzęsy. Co wam będę mówić – no chujowo to wygląda. Jedyna nadzieja w tym, że te nieszczęsne włoski chcą rosnąć, bo ładuje w nie tyle białka i żelaza, że nie mają innego wyjścia. To samo na głowie – część wyszła, część jest martwa, a mniej więcej ⅕ rośnie jak szalona. A że najmniej jest ich nad czołem i na czubku głowy – to wyglądam jak jakiś 55-letni Janusz.
PET zrobiony. Opis będzie… Kiedyś tam. No sezon urlopowy.
Nie dość, że musiałam czekać 2 godziny na to, czy aparat w ogóle ruszy, bo im się zaciął przy porannym skanowaniu, to jeszcze teraz obsuwa z wynikami.
Mam na to tylko jedno słowo – FRUSTRACJA.
Jedyny plus jest taki, że mam zadziwiająco dobre wyniki krwi. Hemoglobina podniosła mi się z 6 na 13, więc nawet mieszczę się już w normie.
Wołowina, wątróbka, buraki, papryka… I od nowa ten sam zestaw. Ostatnio mijałam w sklepie Pringles’y i chciało mi się wyć. Ale może nie ma się co dziwić – byłam akurat po chemii, więc w głowie miałam włączony olbrzymi wiatrak, który powodował nie tylko gonitwę myśli, ale także rozwijał mi pod powiekami listę zakupów z produktami zakazanymi, na które miałam olbrzymią ochotę.
Czego nie jeść po chemioterapii?
Po chemii obowiązują mnie generalnie dwie ważne zasady:
- nie jem tego, czego nie strawię
- nie jem, jak przestaję czuć smak.
Chipsów nie kupiłam, ale kupiłam Grycana. Śmietankowego z sosem karmelowym – serdecznie polecam wszystkim, którzy lubią dobre lody i nie mają wypalonych kubków smakowych.
Nawet mi się nie chce opisywać tego uczucia, kiedy z każdą kolejną wkładaną do ust łyżeczką smak… znikał, a język pokrywał się czymś w rodzaju smaru. Zjadłam tych łyżeczek pewnie z 7 i oddałam resztę Adamowi. Szczerze mówiąc, to praktycznie ze łzami w oczach (z żalu).
Ostatni kęs był już tak niedobry, że nawet nie umiem oddać tego, jak sos karmelowy może zamienić się w gorzką maź, która osadza się na języku, a potem nie daje się zedrzeć ani pastą do zębów, ani spłukać Listerinem, ani przegonić stekiem przekleństw. A co jak co, ale przeklinać to ja potrafię po mistrzowsku.
Moje życie uratowała mi jedyna i niezawodna… zupa pomidorowa. Wczoraj jadłam, dzisiaj jadłam, jutro… muszę ugotować nową porcję i dalej będę ją jeść. Kto wie – koło środy może w końcu stwierdzę, że mogę już znowu zacząć normalnie przygotowywać sobie posiłki.
Za “próbnik” służą mi korniszony – póki nie stwierdzę, że są odpowiednio słodko-kwaśne, to nie ma sensu wkładać do ust czegokolwiek innego niż pomidorówka.



